03/05/2026
20 kwietnia 1996 roku jadę na swój pierwszy mecz wyjazdowy do Zamościa. Nigdy wcześniej nie byłem nawet na Okocimskim, czy na Dalinie. Sytuacja w tabeli pozwalała śmiało marzyć o awansie do pierwszej ligi co przed sezonem wydawało się wręcz nieprawdopodobne. Kraków zbroił się do zbliżającej się Świętej Wojny, więc trzy punkty zdobyte na Hetmanie stały dla mnie do najważniejszą rzeczą na świecie tamtego kwietniowego weekendu.
Na podstawie papierowej mapy Polski wyszło mi, że Zamość leży całkiem blisko Krakowa, więc sprzedałem rodzicom kit, że rano mam swój mecz na Garbarni, a po nim udam się na urodziny do kolegi będąc przekonanym o jego skuteczności. Koleżce ze szkolnej ławki XV LO dla którego to również był pierwszy raz, udało się dowiedzieć, że zbiórkę na wyjazd zaplanowano pod Cracovią o 7 rano.
W dzień wyjazdu okazuje się, że miał dobre źródło informacji ponieważ w wyznaczonym miejscu czekał już na nas autobus marki autosan i kilkudziesięciu fanów Cracovii. Zapamiętałem z tego dnia ŚP. Bieżana, Ulersa (siedzieli obok siebie i jeden drugiemu cisnął na… Fiorentinę), Kazka T., Młodego Zoltara i oczywiście człowieka wielu talentów i funkcji czyli najsłynniejszego managera, biznesmena i działacza na Pasach Mirka D.
Na pokładzie są też przedstawiciele młodego pokolenia z Akacjowej, Olszy i Starego Prokocimia do dzisiaj Cracovii wierne i oddane. Z podróży na stadion w pamięci zostały mi głównie kłęby papierosowego dymu w środku pojazdu i kierowca, który dbając o porządek zaproponował by gaszono mu papierosy… na dłoni co stało się dosyć szybko bardzo popularną atrakcją turystyczną tego dnia.
Tego dnia przekonałem się co na takiej trasie znaczy autobus bez toalety w środku. Przystanek gonił przystanek tak że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy aby nie jadę „dziewiątką” z Bieżanowa na Mistrzejowice. W takich okolicznościach pojawiliśmy się na stadionie dopiero w 20 minucie spotkania, a gdyby nie akcja konwojującej nas od pewnego momentu policji, która polegała na zatrzymaniu towarowego pociągu i rozłączeniu wagonów tak byśmy mogli jechać dalej pewnie przyjechali byśmy na drugą połowę.
Stadion przywitał nas jedynką na zegarze po stronie Cracovii (gol Gruchały) i zerem po stronie Hetmana. Taki stan utrzyma się już do końca meczu. Gola dla Pasów widziała za to już obecna na stadionie kilkunastoosobowa ekipa naszych, głównie z Woli Duchackiej, która wybrała budżetową opcję podróży do Zamościa Polskimi Kolejami Państwowymi.
Urzędowali w Zamościu od godzin porannych i byli bardzo zaskoczeni naszym widokiem. Z kibicowskich ciekawostek na pewno warto wspomnieć o bójkach w… kiblu ponieważ ten był wspólny dla gości i gospodarzy. Mogliśmy z niego korzystać, ale na zasadzie wypuszczania nas przez policję z sektora po dwie osoby, więc dosyć szybko taka informacja dotarła do usadowionego na przeciwnym łuku młynu Hetmana.
Kilka miesięcy wcześniej bodajże na Polska–Izrael w Zabrzu drapnęliśmy im flagę, więc nie byli do nas przyjaźnie nastawieni. Długa podróż i wysoką temperatura sprawiły, że chętnych do sprawdzenia się pod ziemią z miejscowymi nie brakowało. Z racji przewagi liczebnej gospodarzy różne były wyniki tych potyczek, ale wiadomo liczy się sport i dobra zabawa.
Po ostatnim gwizdku sędziego pełni wiary w szczęśliwe zakończenie sezonu ruszyliśmy w drogę powrotną. I to już nie była zwykła trasa „dziewiątki” to była trasa z wybrzuszonymi szynami na Mogilskim, trasa bez torowiska przez Azory…
Kiedy gdzieś w okolicach północy pękła opona, kiedy w okolicach godziny drugiej ktoś pakował do środka plastikowe ogrodowe krzesła i stoliki do środka pojazdu twierdząc że przydadzą mu się na działce wiedziałem, że mój misterny plan który przedstawiłem rodzicom legł w gruzach. Do Krakowa przyjechaliśmy o 5 rano, w domu już na mnie czekano, ale było warto! Za krakoskie Pasy!
⸻
👉 Jeśli chcesz więcej takich historii — obserwuj naszą stronę i bądź na bieżąco z kolejnymi częściami „Z pamiętnika kiboli”.