02/11/2026
Pomimo mojej ogromnej niechęci do wypowiadania się na jakiekolwiek tematy polityczne, coraz trudniej jest zajmować się zawodowo bezpieczeństwem a jednocześnie milczeć, kiedy obserwuje się wydarzenia takie jak te, które rozegrały się w ostatnich dniach przed Trybunałem Konstytucyjnym.
I od razu zaznaczę jedną rzecz. Nie zamierzam tutaj prowadzić kolejnej prawniczej wojny o to, która ze stron konfliktu ma rację, kto właściwie interpretuje Konstytucję, a kto nagina ją do własnych potrzeb. Od tego są prawnicy, konstytucjonaliści i odpowiednie instytucje. Zresztą mam nieodparte wrażenie, że w tym kraju coraz częściej mamy dwie strony przekonane o swojej absolutnej racji, a gdzieś pomiędzy nimi stoi prawda, której nikt specjalnie nie chce słuchać.
Nie sposób jednak nie zauważyć momentu, w którym zdecydowano się na tak daleko idące działania. Wylot Prezydenta, okres bezpośrednio poprzedzający Wszystkich Świętych, czas, kiedy miliony Polaków przygotowują się do odwiedzenia grobów swoich bliskich,- I właśnie wtedy dochodzi do wydarzeń, które ponownie stawiają Państwo na granicy poważnego kryzysu instytucjonalnego.
Nie przesądzam, czy moment został wybrany celowo😉 nie zamierzam udawać, że wiem więcej, niż rzeczywiście wiem. Ale rozumiem znaczenie czasu, zaskoczenia, inicjatywy i narzucania przeciwnikowi tempa działania. Dlatego pytanie o dobór tego momentu jest jak najbardziej uzasadnione.
Ale zostawmy polityczne szachy. Bo jest coś, co powinno nas niepokoić znacznie bardziej, niezależnie od tego, komu kibicujemy…
Zobaczyliśmy po raz kolejny, jak cholernie łatwo podzielić nas jako społeczeństwo i postawić Polaków naprzeciwko siebie.
Ta historia trwa właściwie odkąd zacząłem świadomie interesować się polityką. Zmieniają się stołki, nazwiska, garnitury i hasła wyborcze, ale główni gracze ciągle wciągają nas w swoją grę. Jedni mówią o praworządności, drudzy o bezprawiu. A zwykły człowiek, który rano wstaje do pracy, płaci podatki, wychowuje dzieci i chciałby po prostu żyć w bezpiecznym kraju, po raz kolejny zostaje ustawiony po jednej ze stron barykady.
I właśnie tutaj zaczyna się problem
Bezpieczeństwo państwa nie zaczyna się od liczby radiowozów, tarcz, hełmów i funkcjonariuszy ustawionych w kordonie. Zaczyna się od zaufania obywatela do instytucji, które mają go chronić.
Bardzo przykro patrzyło mi się na obrazy polskiej Policji stojącej naprzeciwko podzielonego społeczeństwa. Nie dlatego, że Policja nie powinna zabezpieczać takich wydarzeń. Oczywiście, że powinna. Od tego jest. Ma chronić życie, zdrowie, porządek publiczny, bezpieczeństwo instytucji i wszystkich ludzi znajdujących się w rejonie działań.
Problem pojawia się wtedy, kiedy sposób wykorzystania sił policyjnych zaczyna sprawiać wrażenie, że nie stoją one pomiędzy stronami konfliktu, lecz stają się elementem przewagi jednej z nich.
I żeby było jasne, mówię tutaj o obrazie całej operacji, o jej dowodzeniu, organizacji i politycznych konsekwencjach. Nie wydaję wyroku na każdego policjanta, który stał tam z tarczą.
Przez wiele lat byłem żołnierzem. Dowodziłem ludźmi, uczestniczyłem w działaniach prowadzonych w sytuacjach znacznie bardziej niebezpiecznych niż polityczne przepychanki przed budynkiem państwowej instytucji. Dzisiaj zajmuję się szkoleniem Niejednokrotnie miałem okazję pracować również z funkcjonariuszami służb mundurowych.
I właśnie dlatego coraz częściej nachodzi mnie bardzo nieprzyjemna refleksja.
Coraz trudniej spotkać prawdziwego funkcjonariusza z krwi i kości. Człowieka, dla którego mundur jest zobowiązaniem, a nie tylko miejscem zatrudnienia.
Oczywiście nadal spotykam Profesjonalistów z charakterem, doświadczeniem, empatią i odwagą. Ludzi, którym bez wahania powierzyłbym własne bezpieczeństwo. Ale spotykam też coraz więcej takich, którzy na szkolenie przychodzą tylko dlatego, że dowódca kazał. Bez pasji, bez zainteresowania, bez chęci doskonalenia własnych umiejętności. Byle odsiedzieć swoje, dostać podpis i wrócić do jednostki.
I zastanawiam się, w którym momencie zaczęliśmy wychowywać ludzi w przekonaniu, że służba jest po prostu fajną, stabilną pracą, w której można zarabiać, niewiele od siebie wymagać i spokojnie doczekać emerytury.
Jeszcze większy problem widzę jednak na górze.
Coraz bardziej obrzydza mnie widok ludzi zajmujących wysokie stanowiska, którzy bardziej niż o honor, odpowiedzialność i swoich podwładnych boją się utraty stołka. Ludzi, których cała odwaga kończy się tam, gdzie zaczyna się ryzyko utraty stanowiska, dodatków i politycznych wpływów. Ludzi bez charakteru, którzy potrafią wydać rozkaz, ale nie zawsze potrafią później stanąć przed szeregiem i wziąć za niego odpowiedzialność.
Mundur nie zrobi z nikogo żołnierza. Stopień nie zrobi z nikogo dowódcy. A stanowisko nie zrobi z człowieka mężczyzny z zasadami.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, o której w ostatnich latach zaczynamy niebezpiecznie zapominać.
Do szacunku wobec stopnia, urzędu i instytucji Państwa.
W wojsku niejednokrotnie spotykałem przełożonych, którzy jako ludzie nie reprezentowali sobą niemal niczego.
Zero wartości,
zero wiedzy,
a czasami również zero doświadczenia. Bywali ludzie, których nie szanowałem prywatnie i których nigdy nie uznałbym za autorytet.
Ale mieli stopień wojskowy. Mieli określoną funkcję. Reprezentowali strukturę, której byłem częścią.
I ten stopień respektowałem.
Nie dlatego, że szanowałem konkretnego człowieka. Dlatego, że rozumiałem, czym jest hierarchia, dyscyplina i odpowiedzialność za funkcjonowanie całej organizacji.
Oczywiście szacunek do stopnia nie oznacza obowiązku wykonania bezprawnego rozkazu ani rezygnacji z własnego sumienia. Ale oznacza przestrzeganie zasad, bez których każda formacja mundurowa prędzej czy później zamieni się w organizacyjny bu**el.
Dzisiaj obserwujemy sytuacje, w których wysocy rangą oficerowie publicznie i w sposób daleki od profesjonalizmu wypowiadają się o zwierzchnikach państwowych. I zastanawiam się, jak później chcą wymagać szacunku od swoich podwładnych.
Bo jeżeli generał pokazuje, że może lekceważąco odnosić się do swojego zwierzchnika, to jakim prawem będzie oczekiwał, że kapral zachowa się inaczej wobec kapitana?
Co powie szeregowemu, który pewnego dnia odpowie przełożonemu: „Chuj mnie to obchodzi”?
Że naruszył dyscyplinę? Że nie okazał szacunku? Że podważył autorytet dowódcy?
Przecież ten młody człowiek może odpowiedzieć, że obserwował dokładnie takie zachowanie na najwyższych szczeblach wojskowej hierarchii.
Autorytet nie działa wybiórczo. Nie można żądać szacunku w dół, jednocześnie demonstracyjnie odmawiając go tym, którzy stoją wyżej.
I w tym kontekście szczególnie przykro oglądało mi się wydarzenia związane z przybyciem Prezydenta RP do Trybunału Konstytucyjnego.
Na udostępnionych nagraniach widać, jak głowa państwa musi przeciskać się przez zatłoczoną przestrzeń przy wejściu do budynku. Niezależnie od tego, kto znajdował się w tym miejscu, jakie otrzymał polecenia i jak interpretował sytuację prawną, sam obraz budzi we mnie ogromne zastrzeżenia z punktu widzenia organizacji ochrony.
Nie zamierzam rozstrz**ać, czy Prezydent miał prawo wejść do określonych pomieszczeń Trybunału. Nie będę też na podstawie kilkudziesięciosekundowego filmu wydawał wyroku na Policję czy SOP. Ale nie muszę znać całej dokumentacji prawnej sporu, żeby wiedzieć jedno.
Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest osobą podlegającą szczególnej ochronie państwa. I nie ma tutaj żadnego znaczenia, czy ktoś go lubi, czy nie.
Nie ma znaczenia, na kogo głosował funkcjonariusz. Nie ma znaczenia, jakie poglądy ma dowódca zabezpieczenia. Nie ma znaczenia, czy polityk jest sympatyczny, arogancki, charyzmatyczny czy wyjątkowo trudny we współpracy.
Ochrona głowy Państwa nie jest nagrodą za popularność. Jest obowiązkiem wynikającym z interesu Państwa.
Z taktycznego punktu widzenia niedopuszczalne jest traktowanie bezpieczeństwa osoby chronionej jako kwestii drugorzędnej wobec politycznego konfliktu. Nawet jeżeli dostęp do określonej przestrzeni jest prawnie sporny, odpowiedzialne służby powinny wypracować sposób postępowania, który nie będzie niepotrzebnie narażał osoby chronionej na kontakt fizyczny, niekontrolowane przepychanki i eskalację napięcia.
Nie chodzi o to, żeby Policja automatycznie otwierała każde drzwi przed Prezydentem. Chodzi o to, żeby konflikt kompetencyjny nie przeradzał się w sytuację, w której bezpieczeństwo fizyczne głowy Państwa staje się przedmiotem improwizacji.
W mojej ocenie widoczny przebieg zdarzenia rodzi bardzo poważne pytania o przygotowanie wariantów działania, koordynację pomiędzy służbami i skuteczność komunikacji na miejscu.
Można byłoby tutaj bardzo dużo powiedzieć również o pracy Służby Ochrony Państwa.
Z własnego doświadczenia wiem, że ochrona osób silnych, charyzmatycznych, zdecydowanych i przyzwyczajonych do samodzielnego działania jest wyjątkowo trudna. Takie osoby nie zawsze chcą podporządkowywać się zaleceniom ochrony. Często podejmują decyzje dynamicznie, pod wpływem sytuacji, a czasami świadomie akceptują ryzyko, którego zawodowy ochroniarz nie powinien akceptować.
Ale właśnie dlatego istnieją procedury, warianty awaryjne, rozpoznanie zagrożeń, planowanie i odpowiedzialność za podejmowanie decyzji.
Ochrona nie polega na tym, żeby wyglądać groźnie obok ważnego człowieka. Polega na tym, żeby przewidywać sytuacje, zanim staną się problemem.
Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której osoba chroniona sama musi fizycznie szukać sobie przejścia przez zatłoczoną przestrzeń, to z perspektywy bezpieczeństwa jest to sygnał alarmowy. Nie przesądzam, kto zawinił, ale uważam, że taki przebieg zdarzenia powinien zostać bardzo dokładnie przeanalizowany.
Tym bardziej że nie mieliśmy do czynienia ze zwykłym tłumem przypadkowych przechodniów. W jednym miejscu znaleźli się funkcjonariusze Policji, przedstawiciele najwyższych instytucji państwowych, politycy, osoby manifestujące swoje poglądy oraz ludzie pozostający w bardzo silnym konflikcie emocjonalnym i prawnym.
To środowisko szczególnie trudne z punktu widzenia psychologii zagrożeń.
W takich sytuacjach człowiek bardzo szybko przestaje oceniać rzeczywistość wyłącznie przez pryzmat faktów. Zaczyna oceniać ją przez pryzmat własnej tożsamości, przynależności do grupy, emocji i poczucia zagrożenia.
W psychologii społecznej doskonale znamy mechanizm polaryzacji grupowej. Ludzie otoczeni osobami o podobnych poglądach potrafią utwierdzać się we własnych przekonaniach i przesuwać ku bardziej skrajnym ocenom. Dochodzi do podziału na „naszych” i „obcych”A kiedy do tego dochodzą mundury, tarcze, kordon policyjny, kamery i politycy, którzy doskonale wiedzą, jak wykorzystywać emocje tłumu, otrzymujemy mieszankę, której eskalacja może nastąpić w ciągu kilku sekund. I nagle przestajemy dyskutować o Konstytucji, a zaczynamy mówić o rannych, zatrzymanych i kolejnych wzajemnych oskarżeniach.
Dlatego w profesjonalnym zarządzaniu takimi sytuacjami tak ważne jest, żeby funkcjonariusz nie postrzegał człowieka stojącego naprzeciwko jako przeciwnika politycznego. To obywatel. I dokładnie tak samo obywatel nie powinien automatycznie traktować każdego funkcjonariusza stojącego w kordonie jako przedstawiciela politycznej władzy.
Bo tutaj dochodzimy do kolejnej sprawy, o której wiele osób zapomina.
Nie wiemy, ilu policjantów skierowanych pod Trybunał znało wcześniej pełny charakter zadania. Jest całkiem możliwe, że część z nich otrzymała po prostu polecenie pilnego wyjazdu i dopiero na miejscu dowiedziała się, w jak skomplikowanej sytuacji politycznej i służbowej się znalazła.
Wyobraźmy sobie młodego funkcjonariusza, który rozpoczyna służbę, otrzymuje rozkaz, zakłada wyposażenie, wsiada do radiowozu i jedzie zabezpieczać wskazany obiekt.
A kilka godzin później stoi z tarczą w miejscu, gdzie naprzeciwko niego znajduje się Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, a całą sytuację transmitują media.
W jakim gównianym położeniu znalazł się ten człowiek?
Z jednej strony rozkaz, obowiązek służbowy i odpowiedzialność dyscyplinarna. Z drugiej konflikt najwyższych organów państwa, presja tłumu, kamery, politycy i świadomość, że jeden błąd może zniszczyć mu karierę.
Dlatego nie zamierzam bezrefleksyjnie obrzucać błotem funkcjonariuszy pierwszej linii.
Moja krytyka skierowana jest przede wszystkim do tych, którzy planują działania, wydają rozkazy i odpowiadają za organizację zabezpieczenia.
Bo prawdziwy dowódca nie jest od tego, żeby schować się za plecami podwładnych i później tłumaczyć, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurami. Jest od tego, żeby przewidzieć konsekwencje własnych decyzji i wziąć za nie odpowiedzialność.
Właśnie w takich momentach poznaje się wartość dowódcy.
Nie na akademii. Nie podczas wręczania odznaczeń. Nie na zdjęciu z ministrem.
Tylko wtedy, kiedy sytuacja staje się niejednoznaczna, presja rośnie, a każda decyzja może mieć konsekwencje dla bezpieczeństwa ludzi i autorytetu całej formacji.
Nie można oczekiwać od młodego policjanta, że w ciągu kilku sekund rozwiąże konflikt konstytucyjny, z którym nie radzą sobie najwyższe instytucje Państwa.
Można natomiast oczekiwać od jego przełożonych, że nie postawią go w sytuacji, w której zostanie wykorzystany jako żywa tarcza politycznego sporu.
I właśnie to jest dla mnie jedna z najbardziej obrzydliwych stron całej tej historii.
Bo politycy za kilka dni będą już zajęci kolejnym konfliktem. Generałowie i komendanci być może nadal będą siedzieli na swoich stołkach. A zwykły funkcjonariusz zostanie z nazwiskiem, twarzą utrwaloną na nagraniach i konsekwencjami decyzji, których sam nie podejmował.
Warto też zastanowić się nad samym modelem funkcjonowania służb odpowiedzialnych za ochronę najważniejszych osób w państwie.
W Polsce Służba Ochrony Państwa funkcjonuje w strukturze podporządkowanej ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych. Jednocześnie ma chronić Prezydenta RP, premiera i inne najważniejsze osoby w państwie.
W normalnych warunkach taki model może funkcjonować sprawnie. Ale w sytuacji ostrego konfliktu pomiędzy ośrodkiem prezydenckim a rządowym pojawia się bardzo istotne pytanie o niezależność organizacyjną, swobodę podejmowania decyzji i odporność służby na presję polityczną.
I nie chodzi mi o to, żeby automatycznie zarzucać funkcjonariuszom SOP brak lojalności wobec osoby chronionej. Chodzi o konstrukcję systemu, w którym obowiązki ochronne powinny być całkowicie odporne na bieżące polityczne rozgrywki.
Moim zdaniem warto rozpocząć poważną dyskusję o takim modelu organizacyjnym, który zapewniałby służbie maksymalną niezależność operacyjną, stabilność kadrową i możliwość podejmowania decyzji wyłącznie na podstawie oceny zagrożenia.
Nie potrzebujemy ochroniarzy jednej czy drugiej partii. Potrzebujemy profesjonalistów chroniących konstytucyjne organy państwa.
W całym tym politycznym cyrku najbardziej przeraża mnie jednak coś jeszcze.
To, jak łatwo przyzwyczajamy się do sytuacji, w której państwo zaczyna wyglądać jak zbiór wzajemnie zwalczających się instytucji.
Dzisiaj Policja stoi przed Trybunałem. Jutro kolejny konflikt może dotyczyć innego organu państwa. Pojutrze może dojść do sytuacji, w której dwie instytucje wydadzą sprzeczne polecenia, a funkcjonariusz będzie musiał w ułamku sekundy zdecydować, komu powinien się podporządkować.
I wtedy nie będzie już miejsca na telewizyjne dyskusje, polityczne komentarze i internetowe mądrości.
Będzie realny kryzys dowodzenia.
Wracając jednak do tego, co zobaczyliśmy przed Trybunałem.
Obejrzałem te wydarzenia z ogromnym niesmakiem. Nie dlatego, że jestem zwolennikiem jednej czy drugiej partii. Dlatego, że przez wiele lat nosiłem mundur i wiem, jak wiele powinien znaczyć.
Wiem, czym jest rozkaz. Wiem, czym jest odpowiedzialność za ludzi. Wiem, jak wygląda działanie pod presją. Wiem również, jak bardzo niebezpieczne potrafią być decyzje podejmowane przez ludzi, którzy sami nigdy nie musieli ponosić ich bezpośrednich konsekwencji.
I dlatego, patrząc na to wszystko, zwyczajnie rz**ać mi się chciało.
Rz**ać mi się chce na polityczne wykorzystywanie instytucji państwa, niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Na ludzi, którzy potrafią mówić o honorze, służbie i odpowiedzialności, a w chwili próby myślą przede wszystkim o własnym stanowisku. Na sytuacje, w których zwykli funkcjonariusze muszą własnymi plecami zabezpieczać konsekwencje decyzji podejmowanych gdzieś wysoko, w wygodnych gabinetach.
Widziałem również komentarze sprowadzające się do prostego stwierdzenia, że trzeba wszystkich wymienić (SOP)
Tylko co to da?
Wymienimy jednych na drugich. Zmienimy komendantów, dyrektorów, generałów. Jedni odejdą, drudzy przyjdą. Będą nowe nominacje, nowe zdjęcia, nowe przemówienia i nowe zapewnienia o profesjonalizmie.
A na niższych szczeblach nie spotkamy się z szczególnym polepszeniem - a nawet raczej z tendencja spadkową jeżeli nie zmienimy sposobu myślenia o służbie, odpowiedzialności i apolityczności, za kilka lat ponownie znajdziemy się dokładnie w tym samym miejscu.
Bo problemem nie zawsze jest konkretny człowiek Czasami problemem jest cały system, który premiuje posłuszeństwo wobec politycznego przełożonego bardziej niż samodzielność, charakter, profesjonalizm i odwagę cywilną.
Nie chcę Policji jednej partii. Nie chcę wojska drugiej partii. Nie chcę służb, których profesjonalizm będzie oceniany na podstawie tego, kto aktualnie zajmuje gabinet ministra.
Chcę Policji, która stoi po stronie prawa i bezpieczeństwa obywatela. Wojska, które służy Rzeczypospolitej. I służb ochronnych, które chronią urząd niezależnie od nazwiska człowieka sprawującego tę funkcję.
Bo jeżeli już dzisiaj, w czasie pokoju, nie potrafimy oddzielić bezpieczeństwa od politycznych emocji, to co stanie się wtedy, kiedy przyjdzie kryzys, którego nie da się rozwiązać konferencją prasową?
Na koniec jedna refleksja.
Przez lata służby nauczyłem się, że można nie lubić przełożonego, można nie zgadzać się z jego decyzjami, można uważać go za człowieka pozbawionego kompetencji. Ale nie wolno zapominać, że mundur, stopień i urząd oznaczają coś znacznie większego niż prywatne sympatie.
I dokładnie tego samego oczekuję od ludzi, którzy dzisiaj stoją na czele naszych formacji.
Mniej politycznego wazeliniarstwa. Mniej walki o stołki. Mniej udawanej odwagi przed kamerami.
Więcej charakteru, profesjonalizmu, odpowiedzialności i zwykłego szacunku.
Bo państwo, w którym mundur przestaje być symbolem służby, a zaczyna być postrzegany jako narzędzie politycznego konfliktu, ma znacznie poważniejszy problem niż kolejna awantura o...
I to właśnie powinno nas wszystkich zaniepokoić.
P.S.
W tej całej historii z pewnością są też cisi bohaterowie, oficerowie, przełożeni i funkcjonariusze którzy nie pozwolili wciągnąć się w polityczne rozgrywki, którzy być może mieli odwagę powiedzieć „nie”, choć nikt z nas nigdy się o tym nie dowie, a niewykluczone, że właśnie dziś przyjdzie im tłumaczyć się ze swojego sprzeciwu i ponosić jego konsekwencje, dlatego tym bardziej należy im się szacunek i podziękowanie za to, że w czasach, kiedy tak wielu ludzi boi się o własny stołek, oni potrafili zachować charakter, honor i wierność mundurowi.