05/10/2025
Minął tydzień od mojego biegu 360 km Szlakiem Kopernikowskim.
Prawda jest taka, że do tego biegu nie da się wrócić tylko wspomnieniem. On dalej siedzi w głowie, w ciele i gdzieś głęboko pod żebrami.
Wchodziłem w to wydarzenie z głową pełną spraw, z problemami, których nie da się zostawić w aucie przed startem. Ale one nie przejęły roli głównej.
Były, krążyły, wracały — ale nie rządziły.
Była złość. Był wkurw.
Bo kiedy jesteś wyczerpany, przemoczony, zmarznięty i daleko od wszystkiego, to nie ma żadnej maski.
Jesteś obnażony przed samym sobą.
Bez filtra, bez pozorów, bez gadania, kim jesteś — tylko surowa prawda: „albo idziesz dalej, albo się poddajesz”.
W tym biegu myślą przewodnią była moja rodzina.
Ludzie, którzy byli i są przy mnie — w dobrych i złych momentach.
Była też zbiórka dla dzieci z , i to dało mi coś więcej niż motywację.
To był powód. Taki, którego się nie da podważyć, kiedy głowa chce uciekać.
I byli moi przyjaciele. Ci, którzy jechali ze mną, nie spali, marzli i pomagali, chociaż nie musieli.
To ich obecność, zaangażowanie i energia sprawiały, że nawet jak ciało chciało krzyczeć „dość”, to ja wiedziałem, że zejście z trasy nie wchodzi w grę.
W ultra człowiek poznaje siebie szybciej niż na kozetce.
Bo tam nie ma wymówek, teorii ani analiz.
Jest tylko tu i teraz — ból, zmęczenie, oddech i powód, dla którego jeszcze biegniesz.
I to właśnie ultra uczy o życiu szybciej niż psycholog.
Bo nie ma lepszej terapii niż brutalna szczerość z samym sobą, w środku nocy, sto kilometrów od wszystkiego.