17/06/2026
Dwa tygodnie po Wanodze emocje już opadły, więc pora na podsumowanie. Trasa okazała
się wymagająca: 350 km, około 3400 m przewyższeń i blisko 70% dróg nieutwardzonych.
Cel był prosty – ukończyć, najlepiej około 1–2 w nocy.
Start o 6:05. Kaszubskie szutry, niekończące się pagórki i silny północny wiatr szybko
przypomniały, że łatwo nie będzie. Pierwszy dłuższy postój w Łebie minął w świetnej
atmosferze i przy dobrze zaopatrzonym bufecie.
Dalej trasa prowadziła wzdłuż morza –
przez wydmy, promenady, a nawet budowę elektrowni jądrowej. Plan żywieniowy działał bez
zarzutu, a noga podawała.
Największe obawy budził Trójmiejski Park Krajobrazowy, tymczasem okazał się
najprzyjemniejszym fragmentem wyścigu. Strome podjazdy, szybkie szutrowe zjazdy i
rozmowy z innymi zawodnikami sprawiły, że kolejne kilometry mijały zaskakująco szybko.
Przypadkowy postój na Apelu w Sanktuarium na Matemblewie zapewnił przymierze z Siłą
Wyższą.
Prawdziwy kryzys przyszedł nocą. Przez nieuwagę ominąłem stację benzynową i przez
wiele kilometrów walczyłem z brakiem wody, zmęczeniem i bólem pleców. Ratunkiem okazał
się przypadkowo napotkany hotel, gdzie mogłem uzupełnić zapasy. Później tempo spadło, morale również, a ostatnie kilometry przed legendarnym Orlenem w Egiertowie ciągnęły się w nieskończoność.
Po krótkim odpoczynku około trzeciej nad ranem nastąpiło nieoczekiwane odrodzenie.
Organizm odzyskał siły i bez większych problemów dotarłem do mety. O 4:17, po 22
godzinach i 12 minutach jazdy, zameldowałem się na finiszu, na 135 pozycji spośród 276
osób, które stawiły się na linii startu. Planowaną godzinę przyjazdu lepiej przemilczeć.
Najważniejsze jednak, że udało się ukończyć pierwszy wyścig na takim dystansie.
Dziękujemy organizatorom za świetny wyścig i zawodnikom za wspólną jazdę