05/02/2024
ŚMIERĆ KONIA
Powiem szczerze, że w moim rękach, na moich dosłownie rękach zmarł na całe szczęście póki co jeden koń. I o ile zdawałam sobie sprawę, że to się dzieje, bo zwierzęta są mniej długowieczne niż my, to bardzo chciałam się przygotować na tę chwilę. Nie znalazłam jednak żadnych informacji, nikt nie porusza tego tak trudnego tematu, jak to wszystko wygląda. Spróbuje Wam to przedstawić w sposób przystępny, nieco delikatny, ale prawdziwy.
Gdy Ruda zaczęła chorować, a zrobiła to szybko i skutecznie, zaczęła chudnąć. Co ciekawe, zmianę w jej zachowaniu widziałam już latem(!), kiedy to zaczęła w dziwny sposób przysypiać na stojąco. W tamtym momencie jednak nie wiązałam tego z kolejnymi wydarzeniami, gdyż Ruda była koniem małokładącym się i wierzyłam w to, że po prostu była niewyspana. Zwłaszcza, że takie dziwne symptomy w którymś momencie się po prostu skończyły.
Chudnięcie i tak generalnie kiepsko trzymającej masę Rudej, połączyło się z niechęcią do jedzenia, rozciąganiem jak do kolki, kładzeniem, a to już wiedziałam, że jest bardzo niepokojące, bo, jak wcześniej wspomniałam, ona się zwyczajnie przy ludziach nie kładła. Nigdy. Polegiwanie było ostrym sygnałem o kolce, która zdarzyła nam się dawno temu jeden raz, prawdopodobnie z nerwów. Tak więc podałam leki przeciwbólowe, po których objawy ustąpiły, pojawiły się odchody, a więc i ulga, bo kolka zażegnana.
Jakem się myliła...
Następnego dnia powtórka z rozrywki. Koń bolesny, nie je, leży, jedynie pije, ale się załatwia. No to kierunek - weterynarz. Przyjechała, zbadała w kierunku kolki, ale jednoznacznie orzekła, że to nie to, że raczej wrzody (tu miałam zawał wiedząc, jak drogie jest leczenie, ale no jednak z wizją zaleczenia), a na wszelki wypadek pobraliśmy krew w kierunku enzymów wątrobowych, bo nie podobały mi się, jako właścicielce, siuśki - były w moim odczuciu zbyt ciemne. Pamiętajcie, że nawet gdy konie mieszkają wolnowybiegowo, tak jak moje, to warto obserwować takie rzeczy, to bardzo ważne informacje.
Bodaj następnego dnia zadzwoniła wet informując mnie, że Ruda ma kiepskie wyniki wątrobowe. Nie ukrywam, że nie było łez. Mam dużą świadomość tego, jak działa organizm, moja lekarsko-biologiczna rodzina o to zadbała i wiedziałam, że kiepskie wyniki wątrobowe to źle. Weterynarz mnie pocieszyła, powiedziała, że nie jest tak źle, że przyjadą ją dodatkowo zbadać.
Cóż, Ruda była twardą sztuką. Pomimo żeber i miednicy pod skórą, pomimo braku apetytu, bólu i żółtych dziąseł oznaczających wkraczającą żółtaczkę, nie dała objawów neurologicznych do ostatniego dnia. Podjęliśmy leczenie. Podaliśmy dużo leków wzmacniających, osłaniających wątrobę, sterydów. Dodatkowo USG wątroby, rozważania odnośnie biopsji w klinice. Na tą jednak należało by czekać nawet do trzech tygodni, a od tamtego momentu, nie wiem, czy ona tyle nawet żyła...
I tak jak podaliśmy steryd, którym dźgałam ją w zapadające się mięśnie zadu codziennie, było w miarę okej. Ruda wydawała mi się jakaś taka mało chętna, ale zaczęła jeść, zaczęła się dopominać o jedzenie. I gdyby to było zapalenie przewodów żółciowych, to żyła by do dzisiaj...
Niestety, sterydu dostawać długo nie mogła, zwłaszcza, że steryd zaczął dawać inne objawy, jak wyrzut białych krwinek. Sypało się po kolei, a gdy zaczęliśmy schodzić ze sterydu, to już poszła lawina. Ruda w trzy dni przestała zupełnie jeść, praktycznie wstawać. W dniu uśpienia już wiedziałam, że jest bardzo źle. Przede wszystkim zapach. Mi skojarzył się z rozkładającym mięsem, wychodził z jej pyska. Wcześniej był to zapach rybny, teraz już mniej przyjemny. Jej wzrok też stał się niewyraźny, głowa zwieszona.
Decyzja o uśpieniu była bezapelacyjna. Nie chciałam, żeby w ciągu dwóch czy trzech dni po prostu padła z głodu. Dostała najpierw sedację, później środek zwiotczający mięśnie. Wyobraźcie sobie, że jeszcze wtedy chciała walczyć, nie chciała się położyć, nie chciała okazać słabości. Ostatecznie środek zatrzymujący funkcje życiowe działał parę chwil. Mi wydawało się, że to wietrzność, sekundy się dłużyły jak godziny. Odeszła w ciszy.
Stado przeżyło to bardzo, następnego dnia musiałam dwa konie wspomagać z powodu nerwobóli brzucha. Konie zastanawiały się, gdzie Ruda jest, pomimo, że nie wzbudzała sympatii. Była jednak tą, która rozgramiała wszelkie spory, ustalała, co dzieje się w stadzie. Widać nadal, że ciężko o drugiego konia, który miałby tak bardzo swoje zdanie, które potrafi wyperswadować innym koniom.
Ciało Rudej zabrał ośrodek utylizacji. Wiem, że można również skremować ciało, jednak są to kolosalne koszty, zwłaszcza po drogim leczeniu, które zastosowaliśmy. Wiem, że nie chciałabym trzymać jej prochów czy w stajni, czy w domu. Mam jej obcięty ogon, bo "najlepsze konie w niebie nie mają ogonów".
Jest to wszystko przeżyciem trudnym, smutnym, jednak bezpośrednio związanym z życiem. Bardzo bym chciała być tak przygotowana na to wtedy, jak jestem teraz, przez własne doświadczenie. Mam nadzieję, że nikt, kto będzie chciał posiadać taką wiedzę, już nie będzie pozbawiony tej wiedzy, właśnie dzięki temu tekstowi.
A Rudzielec po prostu zmienił pastwisko, na którym rozstawia konie po kątach. Teraz jest wiecznie zielone :)