14/12/2021
W poniedziałek Boston Celtics zagrali jeden z najlepszych meczów w tym sezonie, bijąc obecnych mistrzów, czyli ekipę Milwaukee Bucks, głównie twardej grze w obronie, nieustępliwości po obu stronach parkietu, a także dobrej selekcji rzutowej. W tym meczu zwróciłem uwagę na aspekt mentalny Celtów, którzy nie zwiesili głów i nie wywiesili białej flagi mimo iż Bucks próbowali wykonać fatality w postaci runu 18-4 w pierwszej kwarcie.
Nareszcie Koniczyny zagrali także dobrą czwartą kwartę i nie pozwolili zniweczyć wypracowanej przewagi, spokojnie kontrolując przebieg spotkania.
Mental był arcyważny w tym (jak i w każdym innym) meczu, ale w trakcie oglądania spotkania, zwróciłem uwagę na cztery inne aspekty, które po połączeniu, złożyły się na końcowy sukces.
Znacznie efektywniejszy powrót Jaylen’a Brown’a.
Kiedy Jaylen Brown po raz pierwszy wrócił po kontuzji ścięgna, która przeszkadzała mu przez większą część sezonu, widać było, że wciąż jest ograniczony. Nie poruszał się tak płynnie jak zwykle i nie miał tego samego zrywu. Był bezproduktywny w ataku, a także bezbarwny w obronie. Dlatego też, po tym jak wykurował się na mecz z Philadelphią 76ers przed wyjazdem Celtics na zachód, drużyna postanowiła zatrzymać go na czas wyjazdu.
Tym razem Brown poruszał się swobodniej i było to widać od samego początku spotkania. W pierwszych trzech akcjach Bostonu skrzydłowy trafił trójkę, dwa razy agresywnie wszedł pod kosz, a gdy brakowało skuteczności, próbował mu pomagać Robert Williams. Na szczęście nie forsował na siłę, dużo widział na parkiecie, był pomocny w defensywie, mimo iż widoczny był brak rytmu meczowego.
Brown skończył mecz z 19 punktami na 6/13 z gry, pięcioma asystami, czterema zbiórkami, dwiema kradzieżami i plus-minus rating +20.
Celtics trzymają się game planu. Jak chcą to potrafią.
Każdy, kto ogląda Celtics wie, że są oni w najlepszej formie, gdy świadomie puszczają piłkę w ruch, gdy odnajdują swój rytm i się go trzymają, gdy są skupieni w defensywie, gdy widzą siebie nwzajem i w pełni współpracują. Tak, chodzi o teamwork, tylko wtedy są naprawdę produktywni. Jednocześnie wiemy, że nie dzieje się to zbyt często i że jeśli zaczyna brakować skuteczności, podupada mental, co skutkuje odchodzeniem od tego sprawdzonego podejścia. To już tendencja, nie jednorazowe przykłady.
W starciu z mistrzami dojechało wszystko, tak zdeterminowanych Celtics jeszcze w tym sezonie nie widziałem, właśnie tak gra drużyna, a nie banda indywidualności. Bez forsowania izolacji, grania jeden na jeden, bez rzucania za wszelką cenę trójek (co zwykle skutkuje taka ilością cegieł, że można zamek zbudować). Trzymali swój rytm, narzucili go rywalom, którzy nie odnaleźli odpowiedzi, ich plan poległ i nie było co zbierać. Każdy z tych facetów znał swoją rolę w meczu i się jej trzymał, wywiązywali się ze swoich zadań.
Nareszcie obrali kurs i się go trzymali bez względu na to, jak układała się gra. Celtics asystowali przy 31 z 43 akcji i trafili 50 procent rzutów z gry.
Parokrotnie Boston wjeżdżał pod kosz, a słabo ustawiony hammer screen uwalniał strzelca na otwartą trójkę z rogu, która siedziała. Celtics trafili 20/47 (42.6 procent) rzutów zza łuku. W tym trafili 6/11 (54.5 procent) rzutów z rogów. Wygenerowali też 38 punktów w pomalowanym.
Jayson Tatum był najlepszym graczem na parkiecie
Rzadko się zdarza, by Giannis Antetokounmpo wyszedł z meczu bez tego wyróżnienia, ale tym razem trafił na ścianę, której o zgrozo nie przebił, ale się odbił i był (tylko?) najlepszym graczem swojej ekipy.
Jayson Tatum zanotował season-high 42 punkty i zrobił to na skuteczności 64 procent, trafiając 16 ze swoich 25 rzutów z gry, w tym 7/13 trójek. Tatum zebrał też pięć piłek, rozdał cztery asysty i zanotował trzy kradzieże. Jego plus-minus rating +21 przemawia także za dobrą grą w defensywie, w tym za sekwencją w czwartej kwarcie, w której trafił trójkę, by powiększyć przewagę Bostonu do 14 punktów na 5:38 przed końcem, a następnie ukamienował Giannisa, przez co ten musiał zadowolić się niecelnym rzutem z 10 stóp od obręczy.
Począwszy od jego wysiłku na obu końcach, poprzez dobijanie rzutów, a skończywszy na oddawaniu izo i słabszych jakościowo trójek, aby wjechać na kosz, tym razem zaprezentował najlepszą wersję Tatuma jako koszykarza. Takiego lidera potrzeba tej ekipie
Grant Williams zapewnia wsparcie z ławki
Grant Williams wreszcie żyje, ma się dobrze i świetnie odnajduje się w swojej roli. W meczu z Milwaukee bardzo produktywny, tróje siedziały jak złoto. Niezależnie od tego, czy zaczyna, czy wchodzi z ławki, ta produkcja zza łuku daje bostońskiej drużynie, w której jest wielu przeciętnych strzelców z dalekiego dystansu, potrzebny zastrzyk energii.
W wygranej nad Bucks, Williams, który trafił 5/7 (71.4 procent) rzutów za trzy, poprowadził drugi unit z ławki z 17 punktami. Jego rzut wpływa na pułap jego i drużyny, ale jako wszechstronny big man z imponującą kombinacją siły, mobilności i koszykarskiej inteligencji ma wpływ na grę po obu stronach parkietu.
Po porażce trener Bucks Mike Budenholzer przyznał, że to właśnie dobra gra Williamsa w drugiej kwarcie, a także siedem popełnionych przez Milwaukee błędów w grze, zadecydowały o tym, że był jednym z głównych czynników, które przechyliły szalę zwycięstwa na korzyść Bostonu.