19/04/2026
Gran Canaria nie taka oczywista ❤️
Drugi dzień na wyspie, która znowu pokazała kolejną twarz swojej niesamowitości i piękna! Bieg, na który czekałam od ponad pół roku, do którego przygotowywałam się wraz z moją trenerką Ewa Jacniak do 47 km na Transgrancanaria❤️
Rano z Witkiem idziemy w miejsce gdzie podstawiony jest autokar. Jedziemy do miejscowości Tejeda, tam gdzie jest start biegu. Jest jeszcze ciemno, spróbuję się zdrzemnąć🤔 Niestety bardzo kręta droga nie sprzyja spaniu! Dobrze, że ciemno i nic nie widać bo te wąskie drogi i przepaście które nam się ukazały już na koniec, na pewno nie pomogłyby w odpoczynku, a nawet mogły przyczynić się do lekkiego stresu i złych myśli: "czy czasami nie spadniemy w dół". Dobrze, że jasno zrobiło się dopiero na ostatnim odcinku naszej wycieki do miejscowości Tejeda.
Położona na środkowym szczycie Gran Canarii wioska Tejeda pachnie migdałem, owocem stanowiącym podstawę jej tradycyjnego cukiernictwa. Na tle panoramy wąwozów i w cieniu symbolu wyspy, Roque Nublo, oddycha spokojnie ta malownicza miejscowość. To idealne miejsce na wypad za miasto, odskocznia od zgiełku i stresu, gdzie można dać się uwieść pięknym szczytom i kojącej przyrodzie tej wyjątkowej części wyspy. Miasto otoczone jest górami, a obraz składający się z białych domów o tradycyjnej architekturze jest piękny.
Stąd mamy widoki głównie w kierunku Roque Bentayga, ale także do Roque Nublo. Cały ten krajobraz jest częścią Świętej Góry Gran Canarii, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Spacerujemy, podziwiamy widoki i czekamy na start. Nawiązujemy znajomości z innymi biegaczami z Polski (jest ich naprawdę dużo) oraz poznajemy Michała, który jest Polakiem mieszkającym w Irlandii. Z nim robimy rozgrzewkę i idziemy na start. Godzina 9:30 i w końcu ruszamy... Początkowo biegniemy asfaltem, gorąco i już wiem, że nie będzie dzisiaj łatwo🙈 Po kilku kilometrach wbiegamy na ścieżkę górską i tu zaczynają się górki. Całkiem fajnie mi się je pokonuje, choć jest coraz cieplej, dobrze że są drzewa które dają trochę cienia, ale widoki, widoki są cudne to one rekompensują trudy trasy. Następnie zaczyna się bardzo emocjonujący zjazd do Camino de La Plata. Docieram do pierwszego przystanku w Tunte, gdzie czekał na nas punkt odżywczy, a tam – "do wyboru do koloru": na stołach dużo dobrych rzeczy: woda, cola, pomarańcze, banany, pieczywo, żelki, czekoladki, ciastka, przeróżne orzechy… Wystarczyły mi owoce i parę łyków wody, uzupełnianiłam bukłak, bo dużo piłam i prawie był pusty i lecę dalej. Po Tunte zaczęły się schody, a dokładniej ciężkie podejście. Mocne podejście i tu był mój pierwszy mały kryzys. Powoli wchodziłam i dzięki temu trochę odpocząłem. Kolejne kilometry okazały się być najszybszymi na całej trasie – znowu szybki i w miarę mało kręty zbieg i nawet wyprzedziłam dużo osób. I już zapowiadało się, że będzie coraz to lepiej, ale przyszedł duży spadek. Prawie 400 metrów spadku na odcinku 2 km. Bardzo stromy, bardzo kamienisty, bardzo wąski i kręty zbieg. Niestety te strome zabiegi spowodowały, iż załatwiłam sobie czwórki. Uda tak strasznie mnie bolały, że ani po płaskim, ani z górki nie mogłam biec 🙈 (mój brak siły mięśniowej - tu właśnie w tym miejscu postanowiłam, że dołączam trening siłowy). Jedyne co to pod górę mogłam wchodzić, wtedy nie czułam bólu, ale niestety takich miejsc na trasie już było mało 🙈 Ostatni odcinek od ostatniego punktu odżywczego do 47 km było już pokonane trybem "spychacza". Byle do przodu. Niestety, nogi bolały😓Trochę biegłam, za chwilę przechodziłam do marszu. 10 km przed metą odkryłam, że zegarek mi źle naliczył kilometry, około 3 więcej. Uwierzcie mi, mając już w nogach 35 km, te bonusowe 3 km sprawiają duży ból. Meta. Słyszę już krzyki kibiców i gwar mety. Ale jeszcze chwilę, mijam most, a na nim kibice. Biegnę owinięta flagą Polski (zawsze ją mam ze sobą na biegach zagranicznych), a z mostu słyszę kibiców którzy po polsku krzyczą "Powodzenia, już meta niedaleko, gratulacje". Jak przyjemnie. Te słowa dodały mi otuchy i ostatkiem sił biegnę. Widzę już park, a za chwilę niebieski dywan, który rozłożony jest kilkadziesiąt metrów do mety. Wbiegam w ostatni zakręt i widzę ją – meta. Aaaaaj! Jest przyjemnie! :) Koniec. Już nie trzeba biec. Odbieram medal, kurtkę finiszera i idę na nocleg. To był piękny dzień ❤️
Wspaniałe widoki i topowe miejsca Gran Canarii. Naprawdę, dla mnie to najpiękniejsza forma zwiedzania. Widok na Roque Nublo zostawię w pamięci na zawsze. Świetna atmosfera na starcie, w punktach kontrolnych i na mecie. Bardzo dużo napojów i przekąsek. Organizacja biegu na bardzo wysokim poziomie ❤️
Pierwsze skojarzenie z Gran Canarią? Wulkany, all inclusive i emeryci zza naszej zachodniej granicy. Nieco krzywdzące uproszczenie, zwłaszcza gdy nie mamy świadomości, jakież to górskie skarby kryje ta wyspa. Bieg pokazał mi piękne pasma górskie wyspy. Panorama na największe rarytasy wyspy: Roque Bentayga (1414 m n.p.m.) i Roque Nublo (Skała Mgieł, 1813 m n.p.m.) – monolityczną, 80-metrową, jedną z najwyższych skał wulkanicznych na świecie. Coś niesamowitego! Kolejny dzień i kolejny raz Cran Canaria mnie zaskoczyła ❤️
A Wy jak spostrzegacie Gran Canarię? Wyspa wielu różnorodności, czy jako "all inclusive i emeryci zza naszej zachodniej granicy" 🤔