24/06/2026
Mentorka
Dzisiaj jest dzień zamykania.
I nieprzypadkowo właśnie dziś piszę ten post.
Bo są rozdziały, które trzeba zamknąć świadomie.
A ten był jednym z najważniejszych.
Po tym, jak skończyła się moja praca w korporacji, byłam w bardzo dziwnym miejscu.
Z jednej strony czułam ulgę.
Z drugiej – totalne zagubienie.
Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie zaczęła się największa lekcja mojego życia.
Podczas wakacji moi rodzice poznali kobietę, która pracowała z energią.
Używała wahadeł.
Znała ustawienia systemowe.
Mówiła rzeczy, które wtedy wydawały mi się niezwykle głębokie.
Rodzice ją polecali, więc pomyślałam:
„Spróbuję.”
I właśnie tutaj wszystko się zaczęło.
Powiedziała mi, że widzi we mnie ogromny potencjał.
Że jestem stworzona do wielkich rzeczy.
Że moją grupą docelową będą prezesi, prawnicy, CEO i kobiety na najwyższych stanowiskach.
A ja jej uwierzyłam.
Dzisiaj wiem, że to był początek procesu, który psychologia nazywa groomingiem.
Najpierw buduje się wyjątkową więź.
Potem uzależnia od swojej opinii.
A później zaczyna się kontrola.
Miałyśmy regularne sesje.
Ja byłam w Wielkiej Brytanii.
Ona w Polsce.
Po pewnym czasie zaproponowała mentoring.
Powiedziałam, że mnie na niego nie stać.
Nie pracowałam.
Budżet był coraz ciaśniejszy.
Ale usłyszałam:
„Znajdź pieniądze.”
„Weź dotację.”
„Załatw kredyt.”
I zrobiłam to.
Napisałam biznesplan.
Dostałam około 3 tysięcy funtów wsparcia.
Praktycznie wszystkie pieniądze oddałam jej.
Potem zorganizowała profesjonalną sesję zdjęciową.
Kazała mi kupić garnitur.
Zmienić kolor włosów.
Dopasować się do wizji kobiety sukcesu, którą miała w swojej głowie.
Powoli przestawałam być sobą.
A zaczynałam być projektem.
Jej projektem.
Najbardziej niepokojące było jednak coś innego.
Zaczęła zachowywać się jak matka.
Podejmować decyzje za mnie.
Mówić mi, co powinnam robić.
Jak wyglądać.
Jak myśleć.
A ja coraz częściej czułam, że coś jest nie tak.
Ale wtedy jeszcze nie rozumiałam dlaczego.
Później pojawiły się sytuacje, które dziś oceniam zupełnie inaczej.
Jedna z nich wydarzyła się podczas sesji floatingu.
Miałam wejść z nią do komory.
Później prowadziła mnie przez wizualizacje związane z łonem matki i narodzinami.
Wtedy wydawało mi się to duchowe.
Dzisiaj widzę, jak bardzo zostały przekroczone moje granice.
Najbardziej bolesne było jednak to, co wydarzyło się później.
Zaczęła opowiadać mi historię mojej rodziny.
Tworzyć własne interpretacje wydarzeń, które przeżyłam jako dziecko.
Mówić rzeczy o mojej mamie.
O śmierci mojej pięciomiesięcznej siostry.
O wydarzeniach, które pamiętam bardzo dobrze.
Bo są obrazy, których nie zapomina się nigdy.
Pamiętam moją mamę.
Pamiętam jej krzyk.
Pamiętam moment, kiedy wiedziała, że coś jest nie tak.
Pamiętam strach.
Pamiętam siebie.
Pięcioletnią dziewczynkę zamykającą oczy, bo bała się tego, co zobaczy po ich otwarciu.
I może właśnie wtedy nauczyłam się czuć.
Bo w moim domu nie było miejsca na łzy.
Był krzyk.
Było przetrwanie.
Była cisza po burzy.
Dzisiaj patrzę na to wszystko inaczej.
Po wielu terapiach.
Po wielu szkoleniach.
Po tysiącach godzin pracy nad sobą.
I wiem jedno.
Nie każda osoba, która mówi o duchowości, prowadzi do wolności.
Nie każda osoba, która mówi o energii, działa z czystą intencją.
Nie każda osoba, która widzi Twój potencjał, chce Twojego dobra.
Czasami największa lekcja polega na tym, żeby odzyskać siebie.
I właśnie dlatego dziś zamykam ten rozdział.
Bez złości.
Bez zemsty.
Bez walki.
Po prostu zamykam drzwi.
I otwieram nowe.
Bo niektóre historie nie pojawiają się po to, żeby zostać na zawsze.
Pojawiają się po to, żeby nauczyć nas wracać do siebie.
I za tę lekcję – mimo wszystko – jestem wdzięczna.
Koniec rozdziału.
Początek nowego.