16/05/2026
Gravel Wieczorową Porą - czyli purpurowy zachód nad Wisłą i najpiękniejszy wiadukt Krakowa 🌄✨🚴♂️
Totalnie lubię te jazdy, które niczego wielkiego nie zapowiadają.
„Może wyskoczymy po pracy na chwilę?”
„Zróbmy jakieś 2–3 godziny.”
„Bez spiny.”
A potem wracasz do domu i masz poczucie,
jakbyś był gdzieś całkiem daleko od miasta
i przeżył kawał fajnej przestrzeni.
Wczoraj o 18:30 zdecydowała się pojechać ze mną tylko Ewa.
I szczerze?
To był jeden z tych wieczorów,
które pokazują jak niewiele potrzeba,
żeby wydarzyło się coś absolutnie baśniowego.
37 kilometrów.
I trasa, w której wszystko zagrało do ostatniej nuty.
Start przy nowohuckim zalewie.
Dalej dziki dukt przy Dłubni i jazda wałem z dalekim widokiem na okolicę.
I dosłownie po kilkunastu wszystko to,
co w gravelu lubię najbardziej.
Szutrówki.
Gruntowe dukty.
Łąki.
Cisza.
Wieczorne dźwięki.
Akweny po dawnych wyrobiskach.
Wszechobecne głosy trzcinowych ptaków.
Aleje starych wierzb ciągnące się wzdłuż duktów.
Singlowe ścieżki wśród łąk.
I przestrzeń Wisły oddychająca zachodem słońca.
Masa decyzji na pełnym spontanie,
które okazały się strzałem sam środek tarczy.
I ta cisza.
Unoszona zapachem wilgoci.
To jest wręcz niewiarygodne,
jak blisko miasta można znaleźć taką ilość spokoju.
A potem przyszedł moment totalny.
Wiadukt kolejowy nad Wisłą w rejonie Przylasku Rusieckiego.
Genialna konstrukcja.
Surowa.
Industrialna.
A jednocześnie kompletnie poetycka w wieczornym świetle.
Wyłoniła się wśród traw
i wyglądała pośród nich absolutnie monumentalnie.
Stal wobec miękkości traw.
Potem szybki wypych na wał i już jechaliśmy nim na lewy,
na tym odcinku północny brzeg.
Kiedy zaczynaliśmy jazdę,
słońce już wisiało nisko nad horyzontem.
Ale jeszcze dawało mocne pomarańczowe światło.
Ale chwilę później,
gdy zjechaliśmy już na dół,
cała konstrukcja mostu zaczęła świecić
głęboką purpurą dnia, który odchodził.
I wtedy zrobiło się naprawdę magicznie.
Cień lasu rzucany na wody wyrobiska w Branicach
tworzył odbicie głębokie, niemal czarne.
A ponad nim ciemna ściana
z wybarwionym tłem przechodzącym od purpury po fiolet.
Przypomniałem sobie,
jak w podstawówce telepaliśmy się w to miejsce
zaraz po lekcjach,
aby w nastające lato uciec od gorąca miasta.
Wychodziliśmy ze szkoły o 13.30,
potem czym się dało na Pleszów.
I dalej na koniec Branic.
Nogi same niosły.
Konary zwalonych drzew robiły za trampoliny.
I droga ze szkoły do domu trwała po 6 godzin.
Minęło od tamtej pory tyle lat,
A te wyrobiska wciąż są takie same.
Poza Przylaskiem, gdzie weszły zmiany.
Fajne. Choć to nie mój klimat, to jednak w dobrym stylu.
Ale w pozostałych miejscach stare dobre chaszcze,
małe piaszczyste plaże
i groble między wyrobiskami przez sam środek wód
niczym te w Tenochtitlan za Montezumy.
I po raz kolejny miałem poczucie,
że czasem wystarczą trzy godziny po pracy,
żeby znaleźć właściwą proporcję spraw.
Od Branic też było ciekawie.
Stara droga z Branic przez łąki do Ruszczy
ciągnie się długie setki metrów.
I nagle pośród niczego - kapliczka św Floriana.
Dziś otynkowana, a kiedyś ceglana.
Stara, bo widoczna już na mapach z roku 1899.
Stałą tu zatem zanim za jej plecami
wyrósł kombinacki industrial.
Lubię takie obiekty i ich zagadkowość.
I tą myśl szukającą człowieka, który pośród bezmiaru pól
postanowił wystawić ją tutaj.
Co z tym stało.
Jaka myśl? Jakie uczucie?
Jest w polskiej ludowej wrażliwości coś,
co nie przestaje mnie napełniać czułością.
Tak jak dziś gdy jechaliśmy w wieczornym dnia wyciszeniu,
dało się słyszeć śpiew nabożeństw majowych.
Mogę tego nie rozumieć.
Mogę nie być "tam-w-tym" obecny.
Ale nie przestaje mnie to wzruszać.
Że w majowy wieczór,
na rozstajach dróg,
Stare kobiety i dzieci
trwają przed tymi milczącymi figurami postaci,
niosąc swoje nadzieje i wdzięczności.
P.S.
Jeśli jesteś z Nowej Huty
i chciałabyś / chciałbyś czasem pojeździć wieczorem
- po prostu napisz do mnie.
Dodam Cię do Społeczności Landszaftera na Whatsapp.
A jeśli lubisz dłuższe jazdy, to też Cię zapraszam.
Do projektu Krakowski BikeBus.
Dopiero zaczynamy. Cieżko wystartować.
Ale czuję, że jak się już uda, to poleci.
I wydarzy się masa rzeczy magicznych.
Chcemy w każdy weekend robić najpiękniejsze trasy niepętlowe.
Dlatego musi być bus z przyczepą.
Wyjeżdżać skoro świt.
Potem w wielogodzinnej jeździe cieszyć się trasą.
Potem wspólnymi opowieściami na jej końcu.
I wreszcie wieczorem dotrzeć do Krakowa z poczuciem,
że wydarzyło się coś wyjątkowego.
W niedzielę 24.05 jedziemy na Polski Spisz.
Będą jazdy pięknymi trawiastymi grzbietami
i niekończące się widoki na Tatry.
A wszystko zanurzone w czystej scenerii z traw.
Miało być w niedzielę 17.05 - ale pogoda jaka jest, każdy widzi.
Więc celujemy w kolejny weekend.
I tam wydarzą się rzeczy w najczystszej formie baśniowe.
Jak coś, zawsze możesz napisać na Whatsapp,
dołączyć do tworzonej społeczności
i dowiedzieć się więcej.
Tak więc jak coś - może się widzimy!