06/05/2024
Historia znów zatoczyła koło - po tym jak udało mi się schudnąć ok. 40 kg, wszystkie te kilogramy znowu wróciły. Trwało to jakieś 7 lat (względem 2 lat chudnięcia), ale postępowało nieubłaganie. I tym oto sposobem coraz bardziej przypominam kulę, czyli bryłę idealną 😉
W międzyczasie podejmowałem kilka prób powstrzymania tego procesu, ale efekt był zupełnie odwrotny. Nie zawsze wszystko zależało ode mnie, bo misterny plan zepsuło m.in. dwukrotne skręcenie stawu skokowego (lewy w trakcie biegania, prawy - idąc po prostej drodze...), ale nie zamierzam szukać usprawiedliwień. Bo gdyby w tych okresach lepiej się kontrolować i nie obżerać, to kilogramy mogłoby wracać wolniej, a mi byłoby łatwiej wrócić do aktywności. Jak już kiedyś pisałem - nigdy nie rozumiałem biegania dla samego biegania. Ale kiedy zacząłem truchtać (bo moje tempo to raczej trucht niż bieg), to coraz bardziej się wkręcałem - główną motywacją była redukcja wagi, ale były też zachęcające efekty uboczne. W trakcie biegu można rozładować stres, organizm wytwarza serotoninę i dopaminę, co sprawiało, że pomimo fizycznego zmęczenia byłem mniej zmęczony psychicznie. A kiedy nie mogłem biegać z powodu kontuzji to na serio patrzyłem z zazdrością na biegaczy 😉 Szkoda tylko, że kiedy już mogłem biegać, to do tego nie wróciłem...
Świadomość, że już po pierwszych kilometrach wyglądam jakbym biegł co najmniej od wczoraj, nie wpływa szczególnie motywująco. Wstyd wynikający z tego jak wyglądam (nie tylko w czasie biegania) też działa deprymująco, ale można próbować przekształcić go w motywator - skoro tak źle się czuję ze swoim wyglądem, to może czas znowu coś z tym zrobić. Tym bardziej kiedy ma się dla kogo dbać o zdrowie, a przy takiej otyłości jak moja, mój organizm ma o wiele trudniej funkcjonować i jego faktyczny wiek jest zupełnie inny niż wskazuje PESEL.
A że lubię iść pod prąd, to kiedy będzie lepszy dzień na nowy początek niż w Międzynarodowym Dniu Bez Diety? 😄 Za mniej więcej 3 miesiące mam urlop, przeprowadzę więc 3-miesięczny eksperyment. Pewnie że łatwiej się wstydzić przez dwa tygodnie niż męczyć przez cały rok, ale... Nie, czas na zmianę.
Na początek trzeba będzie wyeliminować nadmiar cukru, czyli próbujemy pozbywać się słodyczy. Nie w 100%, ale maksymalnie jak to możliwe - dopuszczam zjedzenie kawałka ciasta jeśli jest jakaś ważna okazja (niepokrojonego ciasta nie liczymy jako jednego kawałka 😉). Podejrzewam, że łatwiej mi będzie wyeliminować słodycze niż colę zero. Może to jeszcze nie uzależnienie, ale jest jej zdecydowanie zbyt dużo. A przecież napoje typu "zero cukru" może nie dostarczają kalorii, ale szkodzą w inny sposób (pomijając szkodliwość słodzików), bo zaburzają poziom cukru we krwi i wzmagają obżarstwo i finalnie zwiększają zmęczenie (mózg czując słodycz spodziewa się zastrzyku energii, a gdy go nie dostaje zwiększa łaknienie).
Nie zamierzam się głodzić, ale muszę uważniej przyglądać się temu co jem i jeść rozsądnie. Jak najmniej rzeczy bardzo przetworzonych, bardziej zróżnicować zjadane produkty. Trudno, trzeba się będzie przemęczyć (znowu....), ale z czasem da się to jakoś wypracować.
Fajnie byłoby uregulować rytm dnia i posiłków, a już najlepiej gdybym dał radę wprowadzić okno żywieniowe i stosował post przerywany (intermittent fasting).
Muszę też oczywiście dorzucić aktywność fizyczną. Nie będzie łatwo, bo nawet codzienne czynności czasem sprawiają trudność, ale rozłożenie rąk i poddanie się nie jest opcją. Już nie.
Nie wiem który to już raz biorę się za siebie, ale cieszyłbym się, gdyby było to skuteczne podejście 😉 Trzymajcie kciuki 🙂
PS. Międzynarodowy Dzień Bez Diety nie służy promowaniu nieodpowiednich nawyków żywieniowych czy objadania się bez opamiętania. Służy on akceptacji własnego ciała i przeciwdziałaniu społecznej presji odchudzania. Ja swojego ciała w obecnej formie zdecydowanie nie akceptuję i dlatego kolejny raz będę próbował je zmienić - byłem już bardzo blisko celu, może ponownie się uda. Choć teraz pewnie potrwa to dłużej i będzie trudniejsze, bo jestem prawie 10 lat starszy. Ale potrzebuję tego. Nie odrzucam trendu body positive, ale uważam, że trzeba być z nim ostrożnym - żeby z jednej skrajności (body shaming i presja na odchudzanie niejednokrotnie prowadzące do depresji i zaburzeń odżywniania) nie przejść do zupełnie przeciwnej. Popieram akceptowanie siebie, ale nie promowanie otyłości. Otyłość jest chorobą, na którą cierpi coraz więcej ludzi - widać to gołym okiem. Jej przyczyny mogą być bardzo różne - człowiek otyły nie zawsze jest obżartuchem, a zwykle tak jest postrzegany. Otyłość może być objawem innej choroby. Nie piętnujmy otyłych. I co równie istotne - nie deprymujmy otyłych w ich próbach schudnięcia. Uwierzcie mi - samo zebranie się w sobie i ruszenie tyłka z wygodnej kanapy kosztuje bardzo wiele. Dlatego gdy zobaczycie kogoś otyłego (lub tylko z nadwagą) wylewającego siódme (a może raczej siedemdziesiąte) poty, pomyślcie o tym jak wiele go kosztowało pokazanie się ludziom w takim stanie. Wiem że wyglądam tragicznie kiedy staram się biegać, jeżdżąc na rowerze wcale nie wyglądam dużo korzystniej, co jest dodatkowo spotęgowane obcisłą odzieżą sportową. Widząc kogoś zmęczonego na trasie biegu czy jadącego rowerem dajcie kciuka w górę zamiast kpiącego uśmieszku 😉