12/06/2026
Prawdopodobnie żaden dietetyk w tym kraju nie pije tyle, co ja.
Nigdy nie ukrywałem, że lubię dziabnąć piwko.
Nie pogardzę też winkiem.
Zresztą, jak ktoś był tu ze mną z 10 lat temu,
to pewnie pamięta, jak wyglądał mój kontent – głównie pizza i browary.
I gdyby moja żona nie miała „całkiem poważnej” pracy, to pewnie dalej wyglądałby podobnie.
Stąd daleki jestem od moralizatorstwa czy prowadzenia antyalkoholowej krucjaty.
Ale nawet we mnie wywołuje niesmak to, co obecnie dzieje się w sklepach.
Kiedyś promki 6+6 czy 4+ 4 były z raz w miesiącu.
Sam chętnie korzystałem.
Przyznam nawet, że na nie czekałem.
Wszak fajnie czasem napić się jakiegoś „ekskluzywnego” piwa
i zapłacić 5 zamiast 10 zeta.
Ba!
Byłem nawet zawiedziony, że od nowego roku ma się to skończyć.
Promki jednak mają się dobrze, a wręcz wymknęły się spod kontroli.
Od 6+6/4+4 raz w tygodniu z kuponem,
przez 6+6 jednego dnia i 4+4 drugiego,
następnie analogiczne promocje już bez kuponów, na jeden paragon,
po aktualnego „Finałowego Bossa”:
12 + 12 dowolnych piw gratis, na jeden paragon, przez 3 dni.
I można powiedzieć, że dalej fajnie, bo przecież można kupić taniej krafty.
Można też przecież wziąć bezalkoholowe.
Obawiam się jednak, że głównym odbiorcą tej promocji nie są fani zerówek i „niedzielni degustatorzy”, lecz młodzież i osoby będące na życiowym zakręcie.
I oczywiście – nie twierdzę, że alkohol w piwie za dychę jest mniej szkodliwy,
a koneser kraftów jest lepszy od kogoś, kto wali w krzakach „sikacza” za 3 zeta.
Każdy przecież może stracić kontrolę i skończyć w ten sam sposób, a promocje na wręcz hurtowe ilości alkoholu mogą jedynie w tym „pomóc”.
Niestety – tu wygrywa tylko sklep,
a pieniądze wydane na alkohol, nawet gdy kolejne butelki są „gratis”, nigdy nie są zaoszczędzone.
A zatem jeśli już mamy kupować coś niezdrowego na „chorej promocji”,
to może jednak lepiej, żeby to było masło za złotówkę hehe