19/06/2022
Ultra to sprawdzian głowy i strategi. Dopiero na trzecim miejscu jest noga. Tak jak to widzę. Taka teza samym na początku realcji pownieważ start w tegorocznej ultra wanodze dobitnie to pokazał.
Zapisałem się dość spontanicznie, wcześniej tylko rozważając taką opcje. Nie było przygotowań i treningów pod te zawody. Potraktowałem je jako sprawdzian i test. Udało się w 100%
Do Kościerzyny wybrałem się pociągiem ze Słupska, gdzie urlopowałem się wraz z Żonką i Córeczką. Trasa pociągu wiodła nieco na około przez Gdynie i Gdańsk, pokrywając się tym samym z późniejszym przejazdem rowerem trasą Wanogi. Ostatnie kilometry i przejazd przez Wieżycę upewnił mnie, że na tym etapie płasko nie będzie.
Znając prognozy pogody i mniej więcej połowę trasy z moich wcześniejszych wojaży w tych rejonach, postanowiłem startować jak najwcześniej. Druga grupa ruszała na trasę o 5:40. idealnie. Zdązyłem się wyspać, zjeść śniadanie, dojechać z hotelu w Kościerzynie na start w Szarlocie i uniknać zimnej nocy.
Pierwsze kilometry to był wzorowy gravel. Urokliwe szutrówki i lasy. 167km i Biały Bór zrobiłem bardzo szybko, być może i w czołowce stawki. Akurat o 13:00 otwierała się lokalna knajpka serwująca pizze i byłem pierwszym klientem. Świadomie zjechałem z trasy i czekałem na jedzenie znacznie dłużej niż na hot dogi na stacji benzynowej.
Ciekawym doświadczeniem na tym etapie było dogonienie przez Grześka Czetyrko i jazda z nim przez kilka kilometrów. Miły i skromny gość, bardzo szybki również w terenie! Szacun za wynik.
Mniej więcej od Sławna zacząłem czuć się jak u siebie za sprawą rodzinnych stron mojego taty, w które regularnie przyjeżdżam. Założeniem na dzień pierwszy Wanogi było dojechanie do Ustki przed 21:30 - znowu warunkowane jedzeniem. Tak, tak, chciałem zjeść normalnie w restauracji. Uraz do problemów żołądkowych przy biegach ultra pozostał.
W Ustce byłem pomimo problemów z Wahoo około 20:30 (dwie zawieszki i padnięta bateria)
Pierwsze 300km na raz i to w terenie - miejscami wymagającym, siadło jak złoto. W tym miejscu pozdrawiam myślami rozkopane drogi dla traktorów oraz dziesiątki kilometrów dzirawych, betonowych płyt. Wolę już piaski.
Przed Ustką mieszałem sie nieco z innymi uczestnikami. Wszyscy, z którymi rozmawiałem deklarowali jazdę na strzała. Ja od początku zakładałem zjedzenie tego ultra w podziale na dwie trzysetki. Nie ukrywam, że w głowie pojawiały się pomysły na krótki rest i jazdę dalej ze względu na dobry rezultat i decyzję napotykanych kolegów. Rozsądek jednak wziął górę. W restauracji odpaliłem aplikację i zarezerwowałem pokój. Prysznic i łóżko a także temperatura i wilgotnośc w nadchodącej nocy upewniły mnie o słuszności tej decyzji.
Drugi etap mojego ultra zacząłem chwilę po 5 rano. Wciąż było zimno, nieprzyjemnie i mgliście. Mogę śmiało stwierdzić, że to był najgorszy etap całego wyścigu. Kiepska trasa, której charakter dobrze znałem a także zastały, zamulony organizm, dawały się we znaki.
Tutaj chciałbym nadmienić, że bardzo dużą rolę w mojej decyzji o pozostaniu w Ustce odegrały dwa czynniki. Pierwszy to noc i pogoda. Drugi to trasa pomiędzy Ustką a Redą. Szanse na czynne sklepy i gastro pomiędzy 23:00 a 6:00 przed sezonem były znikome. Brak tu większych miejscowości i miast. Poza tym zimne i wilgotne noce w połączeniu z piaszczysto - płytobetonową trasą i zmęczeniem po szybkich 300km nie wróżyłyby niczego dobrego.
Wyjeżdżając rano, kryzys zażegnałem ostatecznie dojeżdżając do Łeby. W Dębkach udało się zjeść żurek i wypić kawkę a do Redy dojechać na pełnoprawny obiad z rosołem włącznie. Kolejne kilometry przebiegały niestety wolniej niż zakładałem, podjazdy w TPK skutecznie wybijały z rytmu.
Założeniem drugiego dnia było albo dojechać przed nocną - tutaj wiedziałem, że będzie ciężko z powodu długiego prawie 8 godzinnego postoju w Ustce. Planem minimum było dojechać przed północą w sobotę. Drugi cel był w zasięgu i motywował do ciśnięcia.
Noc zastała mnie na ostatnich kilkudziesięciu kilometrach wliczając w to oczywiście podjazd na Wieżycę. Jazda po zmroku i w górach nie robi na mnie wrażenia, ale nie spodziewałem się aż takiego podjazdu. Nie mam na myśli przewyższenia, ale charakteru trasy w tym punkcie. Strome, wymagające użycia najlżejszych przełożeń i totalnie offroadowe podjazdy, miejscami przez krzaki. No nic, nie takie rzeczy się robiło.
Za Wieżycą było już generalnie szutrowo i przyjemnie do końca. No może poza kocimi łbami, które pojawiały się tu raz po raz.
Pomimo ciśnięcia na końcówce nie obyło się bez przygód z Wahoo. Znowu restarty, restore ride przez kilka minut i ładowanie z lampki.
Metę osiągnąłem kilka minut po północy z czasem brutto 42:34 min i zajmując 69 miejsce na 360 startujących.
Wanoga to dobra wyrypa w tej części polski. Znaczna część tras, szczególnie na Kaszubach z kategorii szotosów. Mało asfaltów, dobra organizacja to zdecydowanie na plus.
Czy pojadę jeszcze raz? Zdecydowanie nie, jako opcję biorę na cel krótszy dystans do zrobienia całkowicie na lekko, na raz i z dobrym tempem. Ultra ma swój urok, ale podobnie jak w biegach widzę siebie w średnich dystansach, górach i trudnych technicznie trasach.