23/03/2026
Za nami bardzo ciekawy weekend w Warszawie i start w 20. Półmaratonie Warszawskim. Ten bieg przyniósł mnóstwo emocji, sporo śmiechu (który ostatnio był naprawdę potrzebny) i – co najważniejsze – świetne towarzystwo Dorotki, Grzegorza i mojego Artura, bez którego to wszystko nie smakowałoby tak samo.
Choć w mojej głowie wciąż numerem jeden pozostaje Silesia Marathon, to sama warszawska impreza zdecydowanie wskakuje wysoko w moim osobistym rankingu.
Było dobrze – może nie na maksa, bo pobiegłam trochę asekuracyjnie. Gdzieś z tyłu głowy krążyły myśli: co będzie, jak coś pójdzie nie tak? Jak znowu będzie za szybki start… a potem trudna walka do samej mety? Dlatego tym razem postawiłam na kontrolę i spokój. I chyba właśnie tego było mi trzeba.
Efekt? Półtorej minuty urwane względem poprzedniego startu, w dodatku w naprawdę komfortowym tętnie. Wiem, że mogłam biec trochę szybciej, ale ja ciągle się uczę. A dziś? Czuję się jak nowa, więc wszystko wskazuje na to, że treningi zdecydowanie nie poszły w las.
Trasa i atmosfera zrobiły swoje – choć dla mnie im głośniej, tym momentami bardziej przytłaczająco, to ogromnie doceniam, że tylu ludziom chciało się wyjść z domów i kibicować.
A to dopiero początek – już niedługo kolejne, większe wyzwanie… tym razem na dystansie 42 km.
Training in progress