27/04/2021
Małe - wielkie wyprawy❗
Zabawne, jak przy dziecku nawet mała wycieczka staje się nieraz eskapadą, która urasta do rangi wyprawy przynajmniej na biegun północny. I tak jak na biegunie — zawsze coś może pójść niezgodnie z planem ;)
Na pierwszą przygodę przygotowujesz się tygodniami, a nawet miesiącami, kompletujesz sprzęt, skrupulatnie opracowujesz plan całej trasy krok po kroku (łącznie z wszelkimi możliwymi przerwami), starasz się przewidzieć każdą możliwą sytuację — na próżno, zawsze coś zaskoczy. I może Cię uratować tylko spokój, opanowanie, hart ducha oraz chęć dotarcia do upragnionego celu.
… tak przynajmniej wygląda to w głowie świeżo upieczonego rodzica :)
Może trochę przesadziliśmy i niektórzy z Was się wystraszyli — w rzeczywistości nie jest to aż takie wielkie wyzwanie, ale w tamtym momencie, w tamtym miejscu i czasie naprawdę tego typu uczucia nas dopadły :)
Już klarujemy o co chodzi.
Pomimo ekspresowego tempa zbierania się i dopracowanego niemalże do perfekcji układu „Ty robisz to, ja robię tamto” do wyjścia z domu, wyjście na spacer w teren lub góry różni się od wyjścia do lekarza. Dlaczego? Bo zawsze dochodzi czynnik stresogenny pod tytułem „im wcześniej, tym lepiej, coby ludzi nie było”. Może nie na każdego ten czynnik działa, ale w naszym przypadku jest on dość istotny – nie po to wyrywamy się w góry, żeby iść gęsiego deptakiem pełnym ludzi :).
Przy małym dzieciątku porę wyjścia dyktuje pora karmienia 🍼, możecie się domyślić, że presja rośnie, kiedy wasze bobo akurat tak ślicznie sobie śpi (przecież nie będziecie go wtedy na siłę budzić) albo przyssie się tak do cyca/butelki, że za nic po 30 minutach nie chce skończyć. Obsuwa czasowa na tym etapie przeważnie gwarantowana (plus doliczcie chwilę na przewijanie, ubieranie na cebulkę, odśnieżanie auta itp.). Tu po raz pierwszy pojawia się zdanie powtarzane niczym mantra - „tylko spokój nas uratuje”.
Tak więc w tym miejscu mała rada od nas dla nas ;) i dla Was. Dostosujcie się do dziecka, ono tu jest najważniejsze, a nie wasze ambicje, by o świcie być na szlaku. Pewnych rzeczy się nie przeskoczy, a po co psuć sobie (i wszystkim dookoła) nastrój, skoro to ma być sama przyjemność, przygoda i relaks? Najważniejsze, żeby początkowo zmieścić się czasowo z trasą pomiędzy karmieniami (czyli 2,5-3 godziny).
Z tego powodu stopniowo ćwiczyliśmy się w spacerach z wózkiem w terenie, ale niezbyt daleko od centrum BB i cywilizacji – deptakiem dookoła lotniska w Aleksandrowicach, szutrówką na Lipniku, asfaltem w Wapienicy, deptakiem w Ustroniu, wzdłuż tamy w Goczałkowicach.
Kiedy jesteście gotowi na większy hardcore, można wypuścić się gdzieś dalej zakładając, że jesteście przygotowani na gimnastykę w stylu karmienie, odbijanie i przewijanie w plenerze. Ponieważ my w międzyczasie zaliczyliśmy, chociażby Magurkę w zimowych warunkach i chuście wiązanej na mrozie (gdzie Darek wpadł na genialny patent jak się zawiązać i nie ubrudzić chusty po same końce) zdawało nam się, że jesteśmy już gotowi na wszystko :)
Nic bardziej mylnego :D.
Wycieczka do samej Żabnicy (ok.30 min jazdy autem z BB) wraz z parkowaniem okazała się już wystarczającym przeżyciem, ponieważ starając się zyskać na czasie uznaliśmy, że nie będziemy czekać do następnego karmienia w domu tylko ruszymy wcześniej i akurat wyrobimy się na porę jedzenia na parkingu w Żabicy, nie martwiąc się już o miejsce pozostawienia auta. (Kto choć raz tam był po godzinie 9tej ten wie, że zaparkowanie w tym miejscu może być mówiąc delikatnie, problematyczne).
Pomimo nie najwcześniejszej godziny dotarcia do celu wszystko szło dobrze - udało nam się zaparkować względnie blisko od szlaku, robiła się coraz lepsza pogoda, pozostało nic tylko szybciutko nakarmić, odbić, ewentualnie przebrać. Dodamy, że w tej ostatniej kwestii już wdarły się wątpliwości — jak przebrać dziecko w aucie, kiedy całe jedno miejsce zajmuje fotelik samochodowy, klamoty pierwszej pomocy dla dzidziusia (czyli torba z pieluchami etc.), a sama kanapa tylna jest pod kątem dla lepszego trzymania pasażera podczas jazdy?
W czasie karmienia Małej zaczęliśmy burzę mózgów 🤯 – bagażnik (który jest w takiej sytuacji najlogiczniejszym i najwygodniejszym rozwiązaniem) odpadał, bo na zewnątrz było jeszcze za zimno, żeby wystawiać pupkę malucha na mróz, a w okolicy nie było żadnej stacji benzynowej, czy toalety, nie mówiąc już o przewijaku! :(
Na domiar złego Jagna akurat z nieznanego nam jeszcze wtedy powodu pod koniec karmienia zrobiła się niesamowicie niespokojna. Oświeciło nas w momencie, kiedy dało się słyszeć radosne, frywolne pryknięcie… potem było już tylko gorzej. Cała zawartość jelitek dokonała jednorazowego i ostatecznego zrzutu w towarzystwie kaskady dźwięków (a przecież jeszcze w domu przewijaliśmy konkretnie wypełnioną pieluchę!)💩.
I żeby to było nasze jedyne zmartwienie… niestety, tama pękła — pieluszka nie wytrzymała takiego naporu i to, co powinno być w pampersie, znalazło się nie tylko na pleckach oraz ubrankach maluszka (a zaznaczmy, że Jagna dla komfortu termicznego i „czasowego” była tylko połowicznie rozebrana z ciepłego kombinezoniku), ale też na Karolinie i częściowo na kanapie samochodu🙊🙈.
Zostawiając już niewiele dla Waszej wyobraźni... Cóż mogliśmy dalej zrobić?
Zostały nam tylko 2 opcje — albo przewinąć Małą i wracać do domu, albo zagryźć zęby, przebrać dzidziusia, przebrać siebie i ruszać na szlak. Nie było już czasu na namysły, przystąpiliśmy do działania 🦸♂.
Pomimo zwątpienia w powodzenie całej wyprawy, podjęliśmy próbę przebierania na tylnej kanapie. Po chwili upór i zapobiegawczość przy pakowaniu się - czyli zapasowy zestaw ubranek dla dziecka i mamy karmiącej ;) wzięły górę, dając promyczek nadziei. Nie było łatwo - niezadowolona minka, wierzgające nóżki, jeden rodzic w roli asystenta „podaj suchą pieluszkę” na przednim siedzeniu pasażera (z Lalą na kolanach), drugi półdupkiem na ćwiartce siedzenia i nieustannie zsuwający się na boczek pacjent. W końcu operacja numer 1 zakończyła się powodzeniem. Po takim sukcesie i pocie na czole, poszliśmy za ciosem - równolegle rozpoczęliśmy operację numer 2 - przebieranie mamy (której nie pokusimy się opisywać) i numer 3, czyli przyszykowanie najmłodszego spacerowicza i sprzętu (wózka).
Uff udało się, ruszyliśmy w drogę.
Po wcześniejszych przygodach w aucie świeże powietrze, przestrzeń i przebijające się przez chmury słońce oraz wizja pysznych świeżutkich jagodzianek 🤤 na szczycie wprawiła nas w dobre humory. Oczywiście okrutny los postanowił z nas zakpić ;P. Niestety, po dotarciu do schroniska okazało się, że jagodzianki wyszły i wrócą po 12:00 (na szczycie byliśmy coś koło 11:00). Jak możecie się domyślać – nie czekaliśmy :P mimo ładnej słonecznej pogody na samej górze wiało, a i dzięki pandemicznym obostrzeniom nie było możliwości schronić się gdzieś wewnątrz.
Zaczęliśmy schodzenie — tutaj znowu objawiła się druga natura Darka — pomysłowy Dobromir :) ponieważ nasz wózek jest „zwykły” i nie posiada żadnego hamulca w rączce, zabezpieczyliśmy dwuślad przypinając się do niego zapasową smyczą Lali – „polecam to jakże proste a może i nawet archaiczne rozwiązanie. Nie dość, że nie trzeba cały czas zaciskać rąk na wózku i martwić się co by było, gdybym z jakiegoś powodu go puścił, to ogólnie hamowanie jest nieodczuwalne, wszystko spoczywa na nogach/biodrach.” - Dariusz Z.
Może się wydawać, że nasza wycieczka nie należała do udanych — nie w naszym odczuciu! Była to jak do tej pory najdłuższa jednorazowa wyprawa z wykorzystaniem wózka w naszym wykonaniu - jesteśmy z tego dumni! Poza tym dotleniliśmy się, popodziwialiśmy widoki, ponapawaliśmy się ciszą, nawet spotkaliśmy znajome twarze na szlaku i co najistotniejsze — pokonaliśmy własną niepewność i wątpliwości — przecież daliśmy radę, a to co przeżyliśmy wnosi nas na wyższy LEVEL w rodzicielstwie.
Pamiętajcie — w rzeczywistości podróż jest ważniejsza od celu❗
💊 Co do wycieczki — w pigułce:
Sama trasa to raczej taki „beskidzki klasyk”.
Start: Żabnica Skałka (koło sklepu), długość trasy: pi razy drzwi - 3km w jedną stronę (godzinka z hakiem), cel: jagodzianki na Hali Boraczej :D.
Trasa (prawie) wymarzona dla wózkowych spacerowiczów. Praktycznie na samą górę równy asfalcik – w połowie trasy krótki odcinek z perforowanych płyt betonowych no i sama końcówka dojścia do schroniska – zdecydowanie polecamy nie iść drogą/szlakiem, a łąką wzdłuż.
Jedyny minus to co jakiś czas wymijające pieszych auta (droga jest dość wąska i trzeba ustępować miejsca większym), no i w godzinach szczytu duża ilość ludzi – ale wychodząc wcześnie i jeden i drugi mankament jest redukowany do minimum.
Co prawda musicie się nastawić psychicznie — jest co wypychać :D ale po pierwsze trening łydek i pośladków to też dobra sprawa, po drugie po każdym ostrzejszym odcinku następuje wypłaszczenie. Oczywiście w razie nagłego spadku cukru :) zawsze można uskutecznić postoje w newralgicznych momentach i trochę się zregenerować (nie mówiąc już o nagrodzie czekającej na górze).
Jeśli chodzi o sprzęt: (na pewno pojawi się na blogu osobny wpis na temat wózków) zwykły wózek – z podstawową amortyzacją śmiało da radę – nie musicie być posiadaczami żadnych super hiper zaawansowanych wózków sportowych.
Nic tylko ruszać na szlak! Satysfakcja z wyprawy gwarantowana!
➡ Suma summarum — każda wyprawa uczy czegoś nowego. I dobrze — bo człowiek uczy się przez całe życie, a dzięki temu jest znacznie ciekawiej!