05/08/2026
Z PAMIĘTNIKA CERAMIKA
CZ. III
Po tamtej rozmowie zaczęło wracać życie, bo plener ma zupełnie inną dynamikę niż warsztaty stacjonarne.
Rytm dnia wyznaczają posiłki. Poza nimi każdy samodzielnie rozporządza swoim czasem. Na ceramikę ma cały dzień. Może ją tworzyć rano albo wieczorem. Nawet w nocy, jeśli ma na to ochotę. A w międzyczasie chłonąć Naturę...
Rytm pleneru wyznaczają wypały. Prace tworzymy przez pierwsze 3 dni. I to tak, żeby jeszcze zdążyły wyschnąć, bo w połowie tygodnia robimy pierwszy wypał - biskwitowy.
I tu zaczyna się najciekawsze - doświadczenie żywiołu Ognia. Etap, który omija każdego w pracowni.
Najpierw układamy prace w piecu i każdy może zobaczyć (doświadczyć), jakim to jest logistycznym wyzwaniem, żeby wszystko się zmieściło i nie zniszczyło.
Potem każdy czuwa przy wielogodzinnym wypale, żeby kontrolować temperaturę w piecu, bo ogień przyspiesza i zwalnia, a takie nagłe skoki nie służą kruchej glinie. Słyszy, kiedy coś w piecu pęka, wybucha i nic nie może z tym zrobić...
Po nocnym czuwaniu jest czas szkliwienia i przygotowywania prac do innych technik raku.
Znów układanie w piecu. Tym razem szybki wypał 1,5 h i grupowe działania przy wyciąganiu z pieca w temp. 1000°C. Każdy jest tu teraz ważny, każdy ma swoją funkcję. Ktoś podnosi klapę pieca, żebym mogła z Martą wyciągnąć prace, ktoś przyspiesza ich schładzanie, kolejna osoba zasypuje prace trocinami, przy niektórych technikach ktoś liczy czas, a ktoś inny jest fotoreporterem.
Na koniec każdy szuka swoich prac w baliach z wodą, żeby oczyścić je druciakami i podziwiać, jak spod czerni wychodzi piękno ceramiki.
Okazało się, że uwielbiam ten czas zespołowej pracy z Żywiołem Ognia, który z gliny robi ceramikę. Każdy w tym uczestniczy, każdy się zmaga z gorącem i duszącym dymem. To jest jak ceremonia, jak rytuał. W pracowni robi to elektryczny piec. Nie ma tej magii, nie ma tego podglądania prac w trakcie wypału, nie ma tego zespołowego zmagania się z żywiołem, nie ma przeżywania tego procesu.
Zdjęcia wykonane przez uczestników.