15/05/2026
W wyczynowym sporcie jestem już 30 lat.
Od biegów szkolnych, przez przełaje, „piątki”, „dyszki”, „połówki”, maraton, po biegi górskie i ultra. Przez te lata spotkałam różnych trenerów klubowych — mniej i bardziej wymagających, takich, którzy rozumieli specyfikę kobiecego organizmu, i takich, dla których był to temat trudny albo pomijany. Pełne spektrum ludzkich charakterów, metod i podejść.
Inaczej trenuje się w klubie, inaczej trenuje się samą siebie, inaczej prowadzi się amatorów, a jeszcze inaczej bardzo ambitnych biegaczy, którzy za poważny sport wzięli się bez bogatej sportowej przeszłości.
Chciałabym spojrzeć na amatorski trening jeszcze szerzej — nie tylko jako ultramaratonka, ale też jako trenerka, która pracuje z ludźmi na bardzo różnych poziomach. Z osobami, które chcą poprawić wynik, przebiec maraton, ukończyć ultra, schudnąć, wrócić do zdrowia, poradzić sobie ze stresem albo po prostu odzyskać poczucie sprawczości.
I właśnie dlatego coraz mocniej wierzę, że dobry trening nie zaczyna się od pytania: „ile jesteś w stanie znieść?”, tylko od pytania: w jakich warunkach żyjesz?
Bo plan treningowy nie istnieje w próżni.
Nie da się mądrze prowadzić człowieka, nie wiedząc, czy śpi po pięć godzin, czy opiekuje się chorym rodzicem, czy pracuje na zmiany, czy ma małe dzieci, czy jest w przewlekłym stresie, czy miesiącami funkcjonuje na granicy wyczerpania.
Ten sam trening dla jednej osoby będzie bodźcem rozwojowym, a dla drugiej może być kolejnym kamieniem dołożonym do przeciążonego organizmu.
I to jest coś, czego bardzo często brakuje w internetowej kulturze motywacji.
Wielokrotnie słuchałam podcastów i rozmów ze sportowcami, którzy po swoich sukcesach opowiadali o tym, jak trenują siebie albo swoich podopiecznych. Często brzmi to bardzo prosto: wstań wcześniej, ciśnij mocniej, nie szukaj wymówek, nie odpuszczaj, bądź twardy.
Tylko że życie ludzi nie jest takie proste.
Czasem ktoś nie odpuszcza nie dlatego, że jest silny, tylko dlatego, że panicznie boi się zatrzymać.
Czasem ktoś robi kolejny mocny trening nie dlatego, że organizm jest gotowy, tylko dlatego, że czuje winę.
Czasem ktoś walczy o wynik, ale tak naprawdę walczy o potwierdzenie własnej wartości.
Czasem sport, który miał dawać zdrowie, zaczyna dokładać presji do życia, które i tak jest już bardzo trudne.
Dlatego jako trenerka bardzo mocno wierzę w trening wymagający, ale mądry.
W trening, który buduje, a nie niszczy.
W mocne jednostki, ale wtedy, gdy organizm jest gotowy je przyjąć.
W dyscyplinę, ale nie w ślepą przemoc wobec siebie.
W ambicję, ale nie oderwaną od snu, pracy, rodziny, hormonów, układu nerwowego i zwykłego ludzkiego zmęczenia.
Bo regeneracja nie jest przeciwieństwem treningu.
Regeneracja jest jego częścią .
I bardzo ważnym elementem który buduje.
Trening to bodziec ale regeneracja przesuwa do przodu.
Jest tak samo ważną jak interwały, długie wybiegania, siła biegowa, dieta czy przygotowanie mentalne. Bez regeneracji nie ma adaptacji. Jest tylko narastające zmęczenie, frustracja, kontuzje, rozregulowany organizm i coraz większa potrzeba udowadniania, że „jeszcze daję radę”.
A przecież nie o to powinno chodzić.
Dobry trener nie powinien tylko dokręcać śruby.
Dobry trener powinien umieć zobaczyć człowieka.
Zapytać nie tylko o tempo, tętno i kilometry, ale też o sen, stres, apetyt, cykl miesiączkowy, pracę, nastrój, napięcie, relacje i codzienne obciążenia.
Bo ciało nie rozróżnia stresu z treningu od stresu z życia. Dla organizmu to nadal obciążenie.
Jeżeli ktoś ma ciężki tydzień w pracy, nie śpi, kłóci się w domu, ma chore dziecko, problemy finansowe albo emocjonalnie ledwo funkcjonuje, to dokładanie mu kolejnego treningu „na charakter” nie zawsze buduje odporność. Czasem po prostu pogłębia przeciążenie.
I to nie znaczy, że mamy trenować lekko, wygodnie i bez ambicji.
Absolutnie nie.
Mocny trening jest potrzebny. Dyskomfort jest częścią sportu. Zmęczenie jest częścią rozwoju. Bez pracy, systematyczności i wyjścia poza strefę komfortu nie ma postępu.
Ale prawdziwa sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy docisnąć, a kiedy odpuścić. Kiedy zmęczenie jest naturalnym elementem adaptacji, a kiedy organizm zaczyna wołać o pomoc.
To jest dla mnie dojrzałość sportowa.
Nie bezrefleksyjne „nigdy nie schodzę z trasy”.
Nie „zawsze cisnę do końca”.
Nie „odpoczynek jest dla słabych”.
Tylko umiejętność rozpoznania, czy dzisiejszy wysiłek prowadzi mnie do rozwoju, czy do autodestrukcji.
Jako ultramaratonka wiem, że czasem trzeba iść przez bardzo trudne momenty.
Wiem, że głowa potrafi uratować bieg.
Wiem, że organizm ma większe możliwości, niż często nam się wydaje.
Ale wiem też, że największe wyniki nie rodzą się z ciągłego niszczenia siebie.
Rodzą się z cierpliwości, konsekwencji, mądrego planu, zaufania do procesu i szacunku do regeneracji.
Sport powinien uczyć odwagi, ale też pokory.
Odwagi, żeby zawalczyć.
Pokory, żeby odpocząć.
Odwagi, żeby wyjść na trening, gdy się nie chce.
Pokory, żeby zostać w domu, gdy organizm naprawdę tego potrzebuje.
Odwagi, żeby marzyć o wielkich rzeczach.
Pokory, żeby nie płacić za nie zdrowiem psychicznym i fizycznym.
Dlatego w pracy trenerskiej tak ważne jest dla mnie, żeby rozmawiać.
Excel, plan i liczby są potrzebne. Ale powinny być oparte na świadomym, mądrym doborze obciążeń, obserwacji człowieka i zrozumieniu jego codzienności.
Dlatego tak ważne jest, żebyśmy jako trenerzy, zawodnicy i ludzie sportu przestali promować tylko jedną wersję siły — tę opartą wyłącznie na zaciskaniu zębów.
Siła ma też drugą twarz.
Cichszą, mniej widowiskową, mniej atrakcyjną dla algorytmów.
To siła człowieka, który umie powiedzieć:
„dziś potrzebuję regeneracji”,
„ten trening zmieniam”,
„nie jestem maszyną”,
„moje zdrowie jest ważniejsze niż lajki, wynik i chwilowy podziw”.
I właśnie takiego sportu chcę uczyć.
Sportu, który wymaga, ale nie łamie.
Sportu, który wzmacnia, ale nie uzależnia od ciągłego udowadniania.
Sportu, który daje sprawczość, ale nie odbiera człowiekowi kontaktu z własnym ciałem.
Sportu, który pozwala biegać nie tylko szybciej, ale dłużej — przez lata, z radością, zdrowiem i spokojem.
Bo prawdziwy rozwój nie polega na tym, żeby codziennie pokonywać siebie za wszelką cenę.
Czasem polega na tym, żeby wreszcie przestać traktować siebie jak przeciwnika.
Wasza Pyza 👊